BLOG

zdjęcie z wpisu

20 lat Californication

Kulturowo To&Owo

20 lat Californication – czemu to najlepszy album ever według mnie?

8 czerwca minęło 20 lat odkąd Red Hot Chili Peppers wydali swój siódmy album zatytułowany Californication. Dla mnie to w dalszym ciągu najlepszy album wszech czasów. Mój ulubiony, który nigdy mi się nie nudzi, który zawsze brzmi, jakby słyszała go po raz pierwszy, który towarzyszył mi podczas tak wielu chwil – tych weselszych i bardziej ponurych. Co czyni tę płytę tak wyjątkową – zarówno z personalnego punktu widzenia, jak i patrząc bardziej obiektywnie (choć w sumie trudno o obiektywizm, kiedy zadeklarowało się już bezgraniczną miłość do płyty, ale spróbuję)?

Album, od którego wszystko się zaczęło

Gdy ukazało się Californication, miałam skończone 11 lat. Do tamtego dnia słuchałam głównie Whitney Houston (której twórczość do dziś dnia cenię i mam do niej ogromny sentyment), Celine Dion (etap dzieciństwa, który bezpowrotnie minął) czy De Mono (dalej potrafię zaśpiewać teksty ich hitów słowo w słowo). Rock był dla mnie jeszcze nieodkrytym terytorium. W telewizji leciała wtedy w niedzielne południe lista 30Ton, którą obowiązkowo zawsze oglądałam. To właśnie tam zobaczyłam teledysk do Scar Tissue i po raz pierwszy usłyszałam piosenkę. Potem pojawiła się ona też na Liście Przebojów Trójki, której wtedy też co tydzień słuchałam i stanowiła dla mnie wyrocznię tego, co dobre w muzyce. W Scar Tissue zakochałam się od razu. Za kieszonkowe kupiłam kasetę – moją pierwszą rockową kasetę. Słuchałam jej tak namiętnie, że po kilku miesiącach musiałam kupić nowy egzemplarz, bo zacinała się na co drugiej piosence. Potem po kilku latach kupiłam płytę, bo kaseta znów nie dawała rady. Płyta też się zarysowała po paru latach, potem kolejna…aktualnie mam już 3 sztukę płyty. To dobitnie pokazuje, jak często Californication kręci się w moim odtwarzaczu (jestem staromodna i dalej słucham płyt na wieży, ale mam też Californication na pendrive z muzyką w aucie). Dla mnie Californication to płyta, która otworzyła mi oczy na zupełnie nową muzykę. Potem przyszła fascynacja Pearl Jam, Him, My Chemical Romance, Placebo. Ale RHCP byli pierwsi. I zawsze już będą. Po 20 latach dalej są moim ulubionym zespołem, widziałam ich 7 razy na żywo, a dwa lata temu wytatuowałam sobie ich znaczek – Gwiazdę Chaosu w kolorze czerwonym.

Album, który uratował zespół

Californication ukazało się w momencie, kiedy wielu spisało już RHCP na straty. Zespół od 4 lat nic nie wydał, a poprzednia płyta – One Hot Minute okazała się komercyjnym niewypałem. Po wielkim sukcesie Blood Sugar Sex Magik Red Hoci troszkę się zagubili. Gitarzysta John Frusciante ćpał na potęgę, aż odszedł  z grupy by się poświęci temu na pełen etat. Wokalista Anthony Kiedis wcale nie miał się lepiej. Krążył od odwyku do odwyku. Basista Flea przechodził przez rozwód. W sumie tylko perkusista Chad Smith jakoś się trzymał. Po Frusciante do ekipy dołączył Dave Navarro, przedtem (i potem) gitarzysta Jane’s Addiction. Dave to świetny instrumentalista i fajny człowiek, ale nie pasował do RHCP. Za dużo już w tym zespole indywidualistów i na kolejne wielkie ego miejsca nie było. Ostatecznie wytrzymał w RHCP tylko kilka lat. Odszedł w 1998 roku, rzekomo nie chciał być blisko Kiedisa, który dalej ćpał, bo Navaro próbował być czysty. Zespół wisiał na włosku. Jednak do rozpadu nie doszło, a spoiwem, który ponownie połączył ekipę okazał się Frusciante. Gitarzysta przeszedł śmierć kliniczną z powodu narkotyków, stracił w pożarze mieszkanie, wypadły mu wszystkie zęby i miał ręce pokłute od strzykawek tak, że były pokryte bliznami gęściej niż tatuażami. Flea odwiedził go w szpitalu. Zaproponował powrót. Oni uratowali jego, jak wielokrotnie podkreślał. Kiedis sprawił mu nowe zęby, a powrót do bandu nadał sens życia. Ale też on uratował ich. Genialny gitarzysta i kompozytor tchnął znowu życie do zespołu i kreatywną energię, której im brakowało. Zaczęli lata 90. od nagrania arcydzieła – Blood Sugar Sex Magik, i skończyli tak samo, wydając w 1999 roku Californication. Ale za drugim razem nie roztrwonili już sławy. Od wydania Californication są na rockowym piedestale i nie oddają tego miejsca.

Album, który dał światu hit za hitem

Californication uczyniło z RHCP mega gwiazdy, bo dostarczyło światu hity. Evergreeny, które z miejsca stały się kanonem rocka. Wspominane Scar Tissue czy wydane jeszcze przed nim na singlu Around the World to było preludium do dwóch mocarnych singli – Otherside i Californication. Spektakularny teledysk do tytułowego utworu leciał niemal non stop na wszystkich stacjach tv, a piosenka była na playlistach wszystkich rozgłośni. Album rozszedł się w 15 milionach egzemplarzy. Fani pokochali płytę i formacja sięga do niej na każdym z koncertów, nie tylko grając single, ale tez numery jak Parallel Universe, Emit Remmus, Easily, I like Dirt, Purple Stain.

Album, którego teksty to perełki

Kiedisowi zawsze najlepiej wychodziło pisanie o dragach, swoich nieudanych romansach i Kalifornii. Na Californication porusza wszystkie te tematy, ale w sposób naprawdę genialny. Każdy tekst to perełka, pełna fajnych metafor i ukrytych znaczeń. Scar Tissue opowiada o samotności, Otherside obrazuje walkę z narkotykami i samym sobą, Californication punktuje Hollywood i fakt, że sprzedaje on marzenia dziewczynkom na całym świecie (tekst analizował nawet Wwjciech Mann w felietonie o piosenkach dla „Dużego Formatu”), This Velvet Glove poruszająco opowiada o utraconej miłości. To w ogóle mój ulubiony utwór, który ma fantastyczne słowa i muzykę budujące napięcie.

Album, który jest eklektyczny muzycznie

A propos muzyki, to RHCP na Californication pokazali się z nieznanej strony. Po raz kolejny zresztą. Ich pierwsze 4 albumy były czysto funkowe. Klasykiem gatunku został Blood Sugar Sex Magik, ale tam już pojawiały się jaskółki tego, że Red Hoci umieją też w ballady (oczywiście Under the bridge, ale też mniej znane, za to doceniane przez fanów I Could Have Lied), i klasyczne rockowe wymiatacze (My Lovely Man). Na One Hot Minute poszli w zupełnie inną stronę, ciut eksperymentalna i psychodeliczna momentami. Na Californication zmiksowali wszystkiego po trochu – funku, rocka, balladowego grania. Mimo tej eklektyki, album jest bardzo spójny. Ułożony i przemyślany od pierwszej do ostatniej sekundy, ale niepozbawiony lekkości.

Californication to majstersztyk na każdym poziomie – tekstowym, muzycznym, wykonawczym. Kto jeszcze nie miał okazji go posłuchać – co by oznaczało, że żył pod kamieniem przez ostatnie 20 lata, ale cóż, zdarza się – to zdecydowanie powinien nadrobić zaległości. Ten klasyk nie przestraja się jeszcze przez kolejne 20, 40, 60 lat…