BLOG

zdjęcie z wpisu

Raport z wakacji, czyli gdzie zdalnie pracowałam!

Raport z wakacji, czyli wszystkie miejsca, z których pracowałam zdalnie

Freelancing ma wiele zalet, a jedną z najważniejszych jest możliwość pracowania skądkolwiek się pragnie. Praca zdalna to świetna sprawa, bo pozwala wyjechać na drugi koniec kraju czy świata i wcale nie pytać nikogo o zgodę i nie rezygnować z możliwości uzyskiwania dochodów.

W te wakacje pobiłam chyba rekord pracowania z najrozmaitszych miejsc. W ciągu kilku letnich miesięcy dokonywałam pisania artykułów na bloga i tworzenia artykułów specjalistycznych dla klientów oraz profesjonalnej korekty i redakcji tekstów w takich miejscach jak:

  • Pociąg relacji Gdynia-Piotrków Trybunalski oraz powrotny. Pociągi stały się ostatnio moim ulubionym środkiem lokomocji, bo pozwalają mi nadgonić wszelkie zaległości w pracy Gdynia jest moim miejscem zamieszkania i jadąc do moich rodziców, którzy mieszkają w Piotrkowie Tryb., spędzam 6 i pół godziny w pociągu Intercity. Wydaje się długo? Kiedy zajmuje się pracą, czas mija bardzo szybko! W tym czasie jestem w stanie napisać średnio 6 krótszych tekstów. Produktywność w pociągu mam doskonałą. Zawsze wybieram miejsca ze stolikiem i przy oknie, żeby było mi wygodnie i nic mnie nie rozpraszało. Minusem jest słabo działające pociągowe Wi-Fi, dlatego research do tekstów robię wcześniej – mam już zebrane materiały i tylko piszę treści. W stateczności korzystam z Internetu w telefonie.
  • Taras na działce moich rodziców. Mogę sobie pozwolić na odwiedziny mieszkających prawie 400 km ode mnie rodziców, kiedy chce i na jak długo chce. Biorę laptopa i pracuje u nich. Ponieważ mają dom pod Piotrkowem z dużym tarasem, to latem – o ile nie jest za upalnie, bo łódzkie to niemal jak Grecja – siadam na tarasie i pracuję z kojącym widokiem na brzozowy lasek.
  • Grecka wieś u stóp Olimpu. Nie tylko polska wieś była scenerią do moje pracy zdalnej w tym roku, ale też grecka. Mam przyjaciółkę Greczynkę pochodzącą z miejscowości u stóp góry Olimp. Byłam wraz z nią w odwiedzinach u jej rodziców przez cały jedne kwietniowy tydzień. Pracowałam zdalnie mając przepiękny widok na Olimp. Zobaczcie tylko sami:

 

Do tego serwowano mi greckie smakołyki kilka razy dziennie, więc pracowało się naprawdę błogo.

  • Lotnisko w Gdańsku. Opóźniony lot? Żaden problem – wyciągam laptopa i w ciągu godziny oczekiwania na boarding udaje mi się napisać artykuł na 5 tysięcy znaków, po angielsku, dla stałego klienta. Czas świetnie spożytkowany!
  • Samolot relacji Gdańsk-Ateny i z powrotem. Wybierając się na mini-wakacje i kolejną zdalną sesję pracy do Grecji, pracowałam także w samolocie. Lot z Gdańska do Aten trwa 3 godziny, więc jest sporo czasu do pracy. Przyznam się, że boję się latać i nie cierpię samolotów, ale gdy zanurzę się w pracy, to zapominam trochę, gdzie jestem i lepiej znoszę podniebną podróż. W samolocie pracować można oczywiście dopiero po starcie i przed lądowaniem i nie ma Wi-Fi, ale podobnie jak przed pracą w pociągu, robię research wcześniej i tylko „klepię” teksty na mojej różowej klawiaturze.
  • Gorące jak piekło Ateny. W sierpniu ponownie wybrałam się z moją grecką przyjaciółką do jej ojczyzny, tym razem jednak do stolicy. Pracowaliśmy w przestronnym mieszkaniu znajomego z ogromnym balkonem zatopionym w zieleni kwiatów doniczkowych i pobliskich drzew. Upał był nieznośny – nawet 40 stopni w cieniu! – ale dawałyśmy jakoś radę. W ciągu dnia praca, a wieczorami spacery po Atenach, drinki w pubach i grecka uczta w tawernach. Żyć nie umierać!

Czy oznacza to, że spędziłam całe wakacje pracując? Niemalże…, ale też udało mi się w międzyczasie wypocząć. Nie pracowałam z Ustki, gdzie byłam na krótkim, babskim wypadzie do spa i na koncert 30 Seconds to Mars (tu recenzja: http://slowskladanie.pl/relacja-z-koncertu-30-seconds-to-mars/ ), z Borów Tucholskich, w które pojechałam z całą rodziną by na łonie natury świętować 40-lecie małżeństwa moich rodziców, z wyspy Kea, która odwiedzam przy okazji wypadu do Aten i przez cały weekend korzystałam ze słońca i pływałam w morzu z wodą gorącą jak w wannie, oraz z Peloponezu, na który wybrałam się na drugi upalny weekend podczas 10-dniowego wyjazdu do Grecji.

Podsumowując, udało mi się sporo zobaczyć, dużo podróżować, trochę odpocząć i dużo pracować – odłożone środki pewnie pójdą na jakiś egzotyczny wyjazd zimą, żeby naładować baterie w ponurym pogodowo czasie w Polsce. Laptopa wtedy zostawię w domu.